„Co się w duszy komu gra, co kto w swoich widzi snach…”

Na wesele Rydla z Mikołajczykówną spóźniliśmy sie prawie 119 lat, zatem nie potańczyliśmy, ale ci, którzy czytali dramat Wyspiańskiego, bez trudu – przy małej pomocy przewodniczki – wyobrazili sobie pląsające po drewnianym parkiecie pary inteligencko-chłopskie. „Raz do koła, raz dokoła…” – zdaje się słychać zdyszany głos Zosi. Gdzieś w kącie przekrzykują się goście, prowadząc poważne rozmowy, a za ścianą, w pomieszczeniu, do którego wejścia strzeże Matka Boska Ostrobramska, ukazują się zjawy. Jeszcze za oknem można wypatrzeć krzew róży, z którego zlazł słomiany nygus i w te upalne czerwcowe przedpołudnie krąży leniwie między nami. „Idź precz, idź precz, na pole, huś ha, hulaj, chochole!” Prof. Grzegorz Leszczyński na spotkaniu poświęconym promocji czytelnictwa dzieci i młodzieży w Bielsku-Białej* uznał, iż książka nie stanowi już dla młodego czytelnika źródła wiedzy o świecie, tak jak było to w czasach ukazania się „W pustyni i w puszczy” H. Sienkiewicza, bo taką funkcję pełni dziś Internet. Przeszukuję zatem sieć w poszukiwaniu szczegółów wesela Rydla, a nie „Wesela” Wyspiańskiego. Wszystkie strzępy informacji jakie znalazłem, zanim znużyła mnie ta kwerenda, żywcem ściągnięte są z książek, które chciałbym mieć teraz pod ręką. Niestety, załamywanie rąk nad upadkiem czytelnictwa młodzieży dokonuje się zwykle w kontekście beletrystyki. Tymczasem literaturę popularnonaukową, publicystykę, formy pamiętnikarskie etc. – też służy do CZYTANIA i jest doskonałym źródłem podpisanej imieniem i nazwiskiem wiedzy, z którego młodzież może czerpać rzetelne wiadomości, ale robią to już tylko pojedyncze osoby.  Przyczyn takiego stanu rzeczy nie doszukiwałbym się w chochole czytelnictwa, ale w pędzie weselników, którym przygrywa wciąż nowa orkiestra. Nie ma czasu na dłuższą przerwę, bo wypadniemy z rytmu.  Nie tylko młodzież, nauczyciele też.

Prof. Leszczyński szansę dla rozwoju czytelnictwa odnajduje w książkach, które podejmują temat bliski współczesnej młodzieży, traktujących o jej problemach dnia codziennego.  Zgadzam sie z tym tokiem rozumowania, ale pomija on problem podstawowy – czytelnictwo obowiązkowych lektur, weryfikowane na lekcjach języka polskiego i egzaminach zewnętrznych. Treść tych książek daleko odbiega od zdiagnozowanych przez profesora potrzeb uczniów.

Wreszcie podczas wykładu prof. Leszczyńskiego dowiedziałem się, że bibliotekarz powinien „być książką”. Co to oznacza? Profesor wyświetlił zebranym bibliotekarzom zdjęcia wytatuowanych ilustracjami z książek dla dzieci ramion. Niech każdy rozumie to na swój sposób, ja tatuował się nie będę i w bibliotece nie będę obnażał swego ciała, chyba że przyjdzie mi dokonać czynu Rejtana w obronie powieści z cyklu „Harry Potter”, stojących na półkach biblioteki.

„Wesele” Wyspiańskiego czytałem – jak większość osób – jako nastolatek. Nijak się ono miało do moich ówczesnych problemów. Nie pogłębiło mojej wiedzy o otaczającym mnie świecie, ale rozbudziło ciekawość i podnieciło wyobraźnię. Dzięki tej lekturze rozumiem kody kulturowe, którymi posługują się niejednokrotnie moi rozmówcy, a zwiedzając Rydlówkę, obok upiorów Wernyhory, Hetmana, Stańczyka…, „zobaczyłem” upiory Rydla, Wyspiańskiego, Mikołajczykówny, Racheli…  Stary dworek Tetmajera nigdy nie będzie już dla mnie tylko kolekcją antyków i obrazów, tylko miejscem magicznym, w którym odnajduję uniwersalne prawdy, zawarte w młodopolskim dramacie. Próżno ich szukać w Wikipedii.

 

Dublińskie field projects

W dniach 19.05. do 25.05 2019 dwie nauczycielki języka angielskiego mgr Agata Ewak i mgr Lucyna Kajor brały udział w kursie nauczycielskim w Dublińskiej siedziby szkoły English Matters. Kurs wybrany pod kątem projektu Erasmus „Oczytani, oczarowani…” głównie koncentrował się na uczeniu języka angielskiego poprzez elementy irlandzkiej kultury, literatury, historii, filmu, piosenek itp. Ważnym elementem były tzw. Field projects czyli faktyczne zwiedzanie z przewodnikiem i wskazówkami kulturowymi miejsc charakterystycznych dla Dublina. Bardzo inspirujące i pouczające a przy tym bardzo praktyczne dla nas, nauczycieli w szkole średniej. Poprzez warsztaty metodyczne uczyliśmy się jak wykorzystać ko-operację, uczenie poprzez dowiadywanie się o świecie nas otaczającym i zjawiskach w nich występujących, poszerzanie wiedzy ogólnej, znajomości literatury i kultury krajów anglojęzycznych, poszerzanie słownictwa, itp. Faktyczne czytanie literatury i jej omawianie, wykłady z dziedziny historii Irlandii i literatury irlandzkiej to tylko niektóre z rzeczy, które miałyśmy okazję tam doświadczyć. Wspaniałe miasto Dublin z jego licznymi muzeami oraz bibliotekami jak na przykład Biblioteka Trinity College w której można podziwiać The Book of Kells – manuskrypt z około 800 roku, bogato iluminowany przez celtyckich mnichów, zrobiły nas niezapomniane wrażenie. Dublin to faktycznie miasto czytelnictwa i tylko pozazdrościć takiej frekwencji czytelniczej w księgarniach, bibliotekach i … w parkach. Mamy nadzieję przenieść tego ducha dobrej lektury na nasz „Rejowski” grunt. [L.K.]

Na Kłopoty… Łojek

W listopadzie tego roku świat będzie świętował 30-lecie upadku Muru Berlińskiego, powszechnie znanego symbolu „zimnej wojny”. W 1995 roku w ramach strefy Schengen zniesiono kontrole na granicach wewnętrznych Unii Europejskiej. Z biegiem lat do strefy przystąpiły kolejne kraje. Wydawałoby się, że Europa nigdy wcześniej nie była tak zjednoczona. Tymczasem w jednym z najbardziej  rozwiniętych państw świata, położone jest miasto, którego nazwa pochodzi z języka gaelickiego „Beal Feirste” i oznacza ujście rzeki przy piaszczystej mierzei. Nawet jeśli się tego języka nie zna, można się w tych słowach domyśleć Belfastu. Trudniej wyobrazić sobie fakt, że po dziś dzień w tym stolicy Irlandii Północne istnieją bramy, dzielące dzielnice protestanckie i katolickie, zamykane na noc i w sytuacjach nadzwyczajnych, utrudniające tym samym przejazd karetce pogotowia.   W dzielnicach tych rządzą organizacje paramilitarne, wymierzające sprawiedliwość na własną rękę, według ustalonego krwawego kodeksu. Nie usłyszymy o tym z brytyjskich środków masowego przekazu, bo brudy  pierze się na własnym podwórku. Nawet lata zaostrzonego konfliktu w Irlandii Północnej, w których belfastczycy regularnie ginęli lub stawali się kalekami w zamachach bombowych, nazywane są beztrosko „Kłopotami”(ang. The Troubles, irl. Na Trioblóidí). Zdaniem polskiej „Wikipedii” od czasu porozumienia wielkopiątkowego z 1998 r. w Irlandii Północnej „nadal dochodzi do sporadycznych aktów przemocy”. Zdaniem Aleksandry Łojek, autorki reportażu „Belfast. 99 ścian pokoju” (książka do wypożyczenia w bibliotece szkolnej), mieszkającej w Belfaście, do aktu przemocy dochodzi raz w tygodniu. O tym się publicznie nie mówi. Rząd Wielkiej Brytanii nad wszystkim panuje. Sza!

O „Kłopotach” i dzisiejszym Belfaście opowiadała osobiście Aleksandra Łojek, która przybyła do naszej szkoły 12 kwietnia, na spotkanie organizowane w ramach projektu „Oczytani – oczarowani”.

Dwie Doroty w Londynie (nie licząc mnie)

W każdą podróż zwykłem zabierać książkę, będącą kontekstem do odwiedzanego miejsca. Podczas pobytu w Londynie, czytałem „Trzech panów w łódce, nie licząc psa” Jerome K. Jerome. Powieść zainspirowała mnie do napisania raportu z pobytu w Anglii w sposób niekonwencjonalny, ale – mam nadzieję – przyjemniejszy do odbioru, niż nudny elaborat. Przedstawiam Wam zatem moje wrażenia z Londynu:

Dwie Doroty w Londynie (nie licząc mnie)

Było nas troje – Dorota, Dorota i ja, Tomasz. Moje imię, tak różne od imion mych towarzyszek, zawdzięczam swojemu spóźnialstwu, bo gdybym był urodził się wcześniej, w miejsce mojej starszej siostry, też byłbym Dorotą.  Na szczęście tak się nie stało, bo wtedy od tych Dorot by się w Londynie roiło. Myliłoby nam się, która z nich jest tą, za którą się uważa, a która tą, którą nie jest. Ja nie jestem żadną z nich, a już się zaczynam gubić. Dlatego pozostańmy przy dwóch Dorotach, a do tego dokonajmy ich rozróżnienia. Imię to pochodzi z greki i oznacza „dar od boga”. O ile jedna z tych Dorot, może być faktycznie uznawana za dar niebios, druga to czort wcielony i doprawdy dziwię się, że w ogóle udało się ją ochrzcić. Woda święcona musiała na niej z sykiem parować, a ministranci, żeby to ukryć przed pełnymi wiary w niewinność dziecka rodzicami chrzestnymi, wywijać kadzielnicą na okrętkę. Ta właśnie Dorota pochodzi z Brzeszcz, miasteczka, dla którego dekomunizacja oznacza zrównanie z ziemią. Swego czasu napisał o niej baśń wybitny pisarz duński:
„Pewna dobra kobieta bardzo pragnęła mieć maleńkie dziecko, ale nie wiedziała, skąd by je wziąć. Poszła więc do czarownicy i rzekła:
— Tak bym chciała mieć malutkie dziecko. Powiedz mi, co tu robić, żebym je miała?
— O! To nietrudno — odpowiedziała czarownica — mogę ci doskonale poradzić. Masz tu ziarnko jęczmienia — […] zasadź je starannie w doniczce do kwiatów, a zobaczysz, co z tego będzie.” [tł. Cecylia Niewiadomska]
Ale kobieta nie miała doniczki i zasadziła ziarenko w skórzanym czółenku na wysokim obcasie, które swego czasu zgubiła bohaterka innej baśni tego autora podczas uprawiania joggingu, by spalić kalorie po wielkiej uczcie. I tak z ziarenka wyrósł piękny kwiat.
„— Cóż to za prześliczny kwiat! — rzekła kobieta i tak była zachwycona, że całowała złote i czerwone płatki. W tej samej chwili jednak kwiat z wielkim łoskotem otworzył się i w środku, na zielonym dnie kielicha, gdzie zwykle mieści się słupek kwiatowy, stała sobie prześliczna mała dziewczynka.” [tł. Cecylia Niewiadomska]
No, właśnie to była „ta Dorota, ta malutka”. Dickens pewnie nazwałby ją maleńką Dorrit, więc i my pozostańmy przy tym imieniu. Dorrit rosła i rosła, aż pewnego dnia czółenko tak dopasowało się do jej nogi, że już nigdy go nie ściągała. A widząc to piękny królewicz też zapragnął do niej przylgnąć i przyległ.
Ślub ich odbył się niebawem, a młodzi małżonkowie byli najszczęśliwszymi ludźmi na kuli ziemskiej.

Królewicz ten musiał być owym Tomem Thumbem, o którym pisali inni baśniopisarze. Był więc moim i  połowy możnowładców angielskich z XVI wieku imiennikiem, co dodaje mi otuchy przed wyjazdem do Londynu.

Z kolei druga Dorota, a właściwie ta pierwsza, choć można już po powyższych ustaleniach po prostu powiedzieć Dorota, na początku wyjazdu w ogóle Dorotą nie była. Była wówczas Panią Dyrektor i dopiero na lotnisku powiedziała, że nie jest nią, i że jest Dorotą, więc myśmy z Dorrit musieli przywykać. Przywykaliśmy dzień i noc, i jakoś poszło. Ja wcześniej nie miałem dużego doświadczenia w przywykaniu, ale Dorrit przywykała już niejednokrotnie, więc jej się udało trochę szybciej. Potem jak już wszyscyśmy poprzywykali była kupa śmiechu i miła atmosfera.

Do Londynu wieźliśmy sporo obaw. Przezorna Dorrit zamówiła dla nas dwudziestokilogramowe bagaże, byśmy mogli wszystkie te troski zabrać ze sobą. Najpierw ona, uwzięła się, żeby spakować 3 kilogramy próbnych prac maturalnych do sprawdzenia, bo wydawało jej się, że jak już pojedziemy do kraju, w którym jest o godzinę wcześniej niż u nas, to znajdzie na to czas. Od tych wypocin uczniów walizka zaparowała w środku, a udało się ocenić zaledwie 15 gram prac.

Dorota zaś, doświadczona wyprawami survivalowymi, zabrała ze sobą dział spożywczy w Tesco. Zwykle Polacy jadą do Anglii wykładać produkty na półkach, ale po raz pierwszy się zdarzyło, że ktoś ten towar przywoził ze sobą. Nim jednak udało się go wyłożyć na regałach sklepowych, został przez nas doszczętnie skonsumowany. Ale żeglarskie nawyki Doroty, kazały jej zabrać coś o wiele niebezpieczniejszego niż kabanos w selerowej otulinie. Był to wielofunkcyjny szwajcarski scyzoryk, który miał – w jej mniemaniu – otwierać konserwy, rozsmarowywać pasztety, a, przy odpowiednim humorze, odkorkowywać butelki, natomiast w mniemaniu strażników zabytków i kolekcji dzieł sztuki, posłużyć mógł do wydłubywania oczu postaciom z portretów w National Portrait Gallery, podważaniu wiek królewskich grobowców, rysowaniu marmurów podczas gry w podchody w British Museum, czy dopisywaniu polskiego tekstu na kamieniu z Rosetty. Był więc ów scyzoryk przyczyną wielu zmartwień, z których żadne nie wytrzymało próby czasu.

I tak wyruszyliśmy na podbój Wyspy, pozostawiając na kontynencie zapłakane rodziny i przygotowujące się do kampanii wyborczej partie. Droga wiodła przez cumolonibusy i altocumulusy, majestatycznie ścielące się u stóp naszych wzroków. Serce wygrywało „Pożegnanie ojczyzny” Ogińskiego, a niespokojny umysł pytał: Czy Polska sobie bez nas poradzi? Po około dwóch godzinach lotu ujrzeliśmy obczyznę, na której przyjdzie nam żyć przez 9 dni. Patrzyliśmy na miedze, na których nikt się nie kłócił. Rozcinały one pola w sposób niedoskonały, bez kątów prostych, tak charakterystycznych dla sprawiedliwego podziału ziemi między bezrolnych chłopów, który był się u nas dokonywał, gdy Anglia cierpiała pod jarzmem imperializmu. Czy znajdzie się na tym dzikim lądzie miejsce dla naszej trójki? Czy oko nie zatęskni do tych bloków z betonu, które dają mu poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty?

Wylądowaliśmy na lutonisku. Dorota poszła na zwiady i wróciła z biletami kolejowymi do Londynu zakupionymi w najlepszej ofercie cenowej. To wynajdywanie najlepszych okazji właśnie różniło ją od Dorrit, której pieniądze się nie trzymały. Miała ona szczególny dar do naruszania budżetu ustalonego na dzień następny, zawsze po raz ostatni pozwalając sobie na kawę z ciachem.

Pociągiem dotarliśmy na King’s Cross Station. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że dworzec jest zaczarowany. Od początku robił z nas głupków. Niejednokrotnie wychodziliśmy z niego z myśląc, że wybraliśmy dobre wyjście, po czym wracaliśmy zawiedzeni z powrotem, by za chwilę rozczarować się ponownie, bo i następne wyjście okazywało się nie tym, którym trafilibyśmy na najkrótszą drogę wiodącą do hotelu. W wydostaniu się nie pomagała nawigacja, która bawiła się nami, zwodząc nas na manowce. Potem okazało się, że Dorota odkryła na tym dworcu platformę 9 ¾, którą Harry Potter przenosił się do innego świata. Wszystko okazało się jasne! Dostaliśmy się do innej rzeczywistości. Powoli przenikała ona nasze umysły, wysyłając zaproszenie do przeżycia nowej przygody. Rzuciliśmy się w nią bez reszty.

Zamieszkaliśmy w dzielnicy Bloomsbury, w hotelu o zwodniczej nazwie European Hotel. Zabrakło w niej przedrostka East-, bo zewsząd docierały do nas głosy obsługi w językach polskim i rosyjskim. Standardy zaś naszych pokoików przypominały miejscami cele Łubianki. Moja na przykład cela, szumnie oznaczona „Roomem 11”, przewidziana była przez architekta na kojec dla yorkshir terriera. Powinienem był na jej widok pomachać ogonkiem, gdyby nie groziło to straceniem czajnika elektrycznego. Cokolwiek nie robiłem w pokoju, odbijało się szerokim echem w pokoju zamieszkującej poniżej Doroty, a najczęściej nurkowałem pod biurkiem, gdzie znajdowało się prądodajne gniazdo. Szybko okazało się, że zakupiona przeze mnie w przejściówka do prądu, służyć miała Anglikom odwiedzającym Europę, a nie odwrotnie. Poleciła mi ją ekspedientka. Czyżby zwiódł ją mój akcent?

Pokój Dorrit był wprawdzie obszerny, ale pozbawiony biurka, przy którym mogłaby ciężko pracować, po co w końcu do Anglii przyjechała. Dodatkowo jej cela wyposażona była w gwarantujące dobre skupienie na pracy okno bez widoku, czy raczej z widokiem na mur, z którego figlarnie wystawała rura, odprowadzająca spaliny z hotelowej kuchni. Dym przypominał najszczęśliwsze chwile kardynałów zebranych na konklawe. Ale Dorrit nie znajdowała w tym żadnego uroku. Nie przekonywał jej nawet wspomniany z dzieciństwa fragment wiersza Tuwima: „Para – buch! Koła – w ruch”. „Najpierw – powoli -– jak żółw – ociężale” z rozpaczy osunęła się bez czucia na podłogę. „Nagle – gwizd!/ Nagle – świst!” W głowie jej powstał niecny plan dokonania „change” pokoju. „I biegu przyśpiesza, i gna coraz prędzej…” – „A dokąd! A dokąd! A dokąd! Na wprost!” – „A skądże to, jakże to, czemu tak gna?” – „Bo para te tłoki wciąż toczy i toczy […] i puka, i stuka to: / Tak to to, tak to to, tak to to ,tak to to!…”  No, i wymienili jej ten pokój na „Room 77”, byle była jak najdalej od portierni. Odtąd miała widok na Algyre Square.

Najbardziej zadowolona ze swojego pokoju była Dorota. Brakowało jej wprawdzie krzyku mew i szumu morza, ale wystarczało wsłuchać się w odgłosy ulicy i spuścić wodę w sedesie, by uzyskać podobny efekt. Dorota była w swoim żywiole. Zaraz też zamieniła swój „Room 8” w kambuz i zaczęła spraszać towarzystwo na wspólne posiadówy. Wróciły wspomnienia z lat studenckich. Znów poczuła wiatr we włosach:
Teraz możemy gnać nawet na Horn.
– Wey-hey, razem go!

W okolicy naszego hotelu działy się sprawy mrożące krew w żyłach. Aż któregoś wieczoru policja się wkurzyła i ulicę zamknęła. Musiano tam dokonać potwornej zbrodni, ale Agatha Christie nie żyje, więc o niej nie ma jej kto opisać. Innym razem sama Dorota, spacerująca samowtór z Dorrit, chciała wezwać policję, gdy na jej drodze stanął dziki, wściekły stwór. Przypadkowy przechodzień, zamiast jednak rzucić się nieszczęsnym kobietom na ratunek, zaczął je uspokajać twierdząc, że widok liska na ulicach Londynu nie jest tak niecodzienny, jak to sobie wyobrażają.

Nie będę roztrząsał zagadnienia, czy polski nauczyciel jest dość ubogi, czy tylko Londyn jest drogim miastem, dość, że skończę na tym, że wielce nas radował fakt, iż w tym mieście wiele atrakcji jest darmowych. Korzystaliśmy z nich jak szaleni, odwiedzając muzea i galerie obrazów, oblizując się ślinką pod drzwiami szekspirowskiego Globe Theatre, których przekroczenie łączyłoby się z rezygnacją z obiadu przez dwa dni.

W pierwszy wieczór po przyjeździe wyruszyliśmy pieszo w poszukiwaniu głównego cieku wodnego miasta. Noc zapaliła już światła w oknach kamienic, a my wędrowaliśmy przez Londyn odsłaniając dla naszych oczu nieznane pejzaże ulic, po których przesuwały się dwupiętrowe busy w odwrotnym niż na naszych ojczystych jezdniach kierunku. Tak dotarliśmy do Tamizy, którą akurat nie przepływali trzej panowie w łódce, a która mimo to wesoło pluskała w betonowym korycie, uśmiechając się do nas zalotnie. Po drugiej stronie rzeki zobaczyliśmy The London Eye, z którego spoglądali na nas ciekawscy turyści. Może zresztą wcale nie na nas patrzyli. Wróciliśmy do hotelu pełni wiary, że następnego dnia Londyn odsłoni przed nami wspanialszą część swojego oblicza.

Rankiem poznaliśmy smak prawdziwego, angielskiego śniadania, który będzie nas gnębił codziennie i wzbudzi sentyment za parówkami z „Biedronki”, które wyrzuciłem po skosztowaniu jednej. Śniadanie składało się z trocin o jajecznym smaku i jajka sadzonego, fasolki w sosie pomidorowym i przecieru pomidorowego bez fasolki, plastrów bekonu i kiełbasek wyciągniętych Montmorencemu* z pyska. Do tego tosty świeże lub wczorajsze, w zależności od szczęścia, donoszone na hybrydowym ruszcie w kolorze ognistej czerwieni. Można też było skusić się na płatki zbożowe z mlekiem. Do popicia proponowano napój brązowy, serwowany z warnika z napisem „coffee”, albo nieco jaśniejszy napój zwany tutaj „tea”. Dla fanów zdrowego napitku przygotowywano napój żółty, ale na dyspenserze nie było żadnego napisu, więc trudno mi powiedzieć z jaki smak reprezentował. Bracia i siostry o surowszych regułach mogli gasić pragnienie napojem przezroczystym. Podobno bekon na angielskich stołach pochodzi z Polski, więc znalazł szczególne uznanie w oczach naszych patriotycznych żołądków.
W końcu wyszliśmy na ulice miasta, by po chwili zniknąć w podziemiach metra. Zakup tygodniowego biletu na środki komunikacji okazał się nie lada wyczynem. Ten bilet z dumą później wyciągaliśmy, by przekroczyć bramki w metrze. Na ten czas plan londyńskiego undergroundu śledziłem z większą nawet uwagą, niż później – wystawioną w British Library – „Magna Karta Libertatum”, podpisaną przez Jana Bez Ziemi.

Metrem dotarliśmy do centrum, by rozpocząć zwiedzanie Londynu od pałacu Buckingham. Nie zdążyliśmy jednak powiadomić królowej o naszym przybyciu, więc nie była przygotowana na lunch z nami. Poszliśmy więc dalej. Pod St James’s Palace obejrzeliśmy chłopaków, którzy ładnie grali na instrumentach dętych. Niestety, oni nie mogli nas zobaczyć, bo ich futrzane czapy zakrywały im oczy. Muszą być bardzo płochliwi. Potem poszliśmy dalej, a potem skręciliśmy, może nawet i w prawo. I kiedy stanęliśmy pod Parlamentem, mogliśmy podziwiać szczegóły Big Bena, jak na obrazach Claude’a Moneta. Stary poważny zegar, opatulony czarnym rusztowaniem, przypominał wdowę po talibie.

Po południu przekonaliśmy się, że wiara czyni cuda. Natchnieni duchem ekumenizmu, daliśmy się skusić na udział w anglikańskiej mszy, zaoszczędzając przy tym 20 funtów za wstęp do katedry westminsterskiej z jej pięknymi kaplicami, nagrobkami wybitnych postaci i Zaułkiem Poetów, upamiętniających najwybitniejszych literatów angielskich. Msza, w której uczestniczyliśmy, urzekła nas niebywale. I nie chodzi tu nawet o gotyckie wnętrza, przepysznie zagracone pomnikami, ani nawet o nabożną wolontariuszkę w różowym żakiecie. Kobieta ta w dni powszechne zapewne uczy dobrych manier pensjonariuszki szkoły dla dziewcząt dobrze urodzonych. Tymczasem kręciła głową jak sówka, wypatrując osób, które nie otrzymały tekstu nabożeństwa, lub chcących zwinąć się z katedry przed zakończeniem mszy. Byliśmy urzeczeni zgoła czymś innym – owym Jesu, lover of my soul, let me to thy bosom fly…, które wyrywało się z ust nie dotkniętych piętnem mutacji chłopców i wznosiło na skrzydłach pieśni wysoko ponad sklepienia krzyżowo-żebrowe, aż gdzieś w okolice tych sfer niebieskich, na których zasiada sam Stwórca. The grace of our Lord Jesus Christ, and the love of God, and the fellowship of the Holy Spirit, be with us all evermore. Amen.Co za bezczelne kobiety! Gadają i gadają! Przyłożyłem palec do ust, uciszając turystki z jakiegoś pogańskiego kraju, od początku przeszkadzające w nabożnym skupieniu. Raz zrugane przez strażniczki za próbę opuszczenia kościoła przed końcem ceremonii, nie dawały za wygraną. Ku chwale Pana w końcu udało im się odłączyć od zgromadzenia wiernych.

Innym naszym muzycznym przeżyciem był występ Choral Scholars of St Martin-in-the-Fields. „Vespers” Monteverdiego rozbrzmiewało w murach kościoła przy Trafalgar Square, który już wcześniej – podczas podziwiania usytuowanego w pobliżu pomnika Oskara Wildea – zachwycił nas z zewnątrz niezwykłym oknem. Teraz oglądaliśmy to okno od środka. Stanowiło ono tło ołtarza. Okienne szczebliny rozciągnięte były w nim, jakby jakiś więzień chciał się przez nie prześlizgnąć. Pośrodku zaś okna rysowało się coś na kształt jaja, z którego wykluć się miało życie. Koresponduje ten motyw z pomnikiem niemowlęcia z nieodciętą jeszcze pępowiną, usytuowanego przed drzwiami kościoła. Taki bobasek kochany! Ululałoby się go do snu, gdyby jego powieki nie zamknięte już były przez artystę. Oto symbol zwycięstwa nad więzieniem grzechu i obietnica Nowego Życia!

Podczas koncertu Dorota zaczęła wykazywać pewną niebezpieczną dla zdrowia tendencję. A wszystko zaczęło się tak:sympatyzująca z Zielonymi Dorrit, wszedzie wypatrywała dobrego, choć bliżej niesprecyzowanego, „klimatu”. Wypatrywała go przez witryny pubów i restauracji, a kiedy dojrzała, słyszała w głębi swego maleńkiego serca głos jakoby ducha karczem i wyszynków: „Wnidź we mnie!” Bywało, że ten głos ją zwodził. Raz wywlókł nas wygłodzonych na rubieże Londynu i doprowadził do zatłoczonego pubu, pełnego roześmianych gęb, w którym jedyny posiłek lał się złocistym strumieniem prosto z pipy**. Innym razem kazał nam usiąść w smażalni ryb i zaraz się ulotnił. Wyszliśmy stamtąd nie posiliwszy się wprzódy, ale nimeśmy wyszliowa Dorocina przypadłość po raz pierwszy dała o sobie znać. Otóż, zaczęła ona wtedy sukcesywnie gubić i odnajdywać swą czapkę. W najlepszym wypadku groziło to przeziębieniem, ale kto wie, co by było, gdyby wziąć pod uwagę czarny scenariusz? Podczas koncertu Choral Scholars, pod okiem opatrzności bożej, zgubiła swe nakrycie głowy ponownie. Dopóki jednak miała przy sobie nas, czapce nie groziło poważne niebezpieczeństwo. W kolejną sobotę postanowiła samotnie wyruszyć do Cambridge. Z dumą potem wspominała, że była w sali wykładowej Stephena Hawkinga, ale ta przyjemność kosztowała ją nieszczęsną czapkę. Miała już ją z głowy. No, cóż! „Każda Dorota ma swoje kłopota”.

Zanim to jednak nastało, Dorota przemaszerowała w niej kilka muzeów i galerii. Zwiedzaliśmy je w różnych konfiguracjach. Wiadomo, fizyczka z wykształcenia spędziła więcej czasu w Muzeum Historii Naturalnej i Muzeum Nauki, a ja z Dorrit – w londyńskich galeriach sztuki. Niezapomniane przygody, których już nie pomnę, czekały nas w Tate Modern i Tate Britain, w The National Gallery i w National Portrait Gallery, w Victoria and Albert Museum i w Muzeum Złodziejstwa Brytyjskiego. Wielceśmy podziwiali wszystko, przed czym stanęliśmy, a czego jeszcze nie widzieliśmy, łaknęliśmy zobaczyć. Łaknienie to doprowadziło do mojej pierwszej utraty 30 funtów na rzecz biletu do Tower of London. Wprawdzie klejnoty koronne były urzekające, ale widok tej twierdzy od wewnątrz, nie był bardziej imponujący, niż oglądanie jej za darmo z zewnątrz. Spodziewałem się tam trucheł synów Edwarda IV, zamordowanych z rozkazu swego garbatego wuja, duchów Anny Boleyn i Jane Grey, śladów Thomasa More’a czy Cromwella, a tam – w najciemniejszych lochach – siedzą uśmiechnięte dzieci, wsłuchane w opowieść przebranej za średniowieczną mieszczkę muzealniczki.
Któregoś dnia nasza Dorrit przedsięwzięła sentymentalną wyprawę do miejsc, w których bywała w czasach swojej swawolnej młodości.  Porzuceni przez współtowarzyszkę, udaliśmy się z Dorotą w tajemniczą podróż na południowy brzeg Tamizy. Tam odkryliśmy najpiękniejsze miejsce w Londynie –  Greenwich. Zielono tu było i rozkosznie. Na łące pomiędzy The Old Royal Navel College a obserwatorium astronomicznym rozłożyła się na kocu Sheela-na-gig, a wokół niej tańczyły nimfy i driady pod przewodnictwem Sylena. Albo mi się tylko wydawało. W każdym razie w Queen’s House zetknąłem się oko w oko z Elżbietą Tudor. Jej ruchoma maska tak bardzo przypominała twarz prawdziwej kobiety, że pewnie byłbym ją pocałował, choćby w podzięce za wylansowanie Szekspira, gdyby nie cechowała mnie wrodzona przyzwoitość i takt w obyciu.

Z poziomu planetarium obserwowaliśmy tonący w barwach zachodzącego słońca Londyn. Aż nagle zerwaliśmy się i dawaj do autobusu! Nieraz już wsiadaliśmy do czerwonego busu i z pięterka oglądaliśmy miasto. Teraz jednak mieliśmy konkretny cel: stację Emirates Air Line, którą zamierzaliśmy dostać się na drugi brzeg Tamizy. Nas, wychowanków Szyndzielni i Skrzycznego, takie gondole kręcą. Zwłaszcza jeśli roztacza się z nich widok na współczesny Londyn nocą. Dla Polaków to wciąż widok miasta przyszłości. Może nawet nie dlatego, że dużo tu wieżowców i nowoczesnych budynków, ale raczej dlatego, że są one świadomie i ze smakiem wkomponowane w architekturę miasta.

W ostatnim dniu przed wyjazdem spełniałem swoje marzenia. Kiedy Dorrit biegała po sklepach za skarpetkami dla córek, a Dorota poszukiwała śladów Hawkinga w Cambridge, ja wyruszyłem na objazdową wycieczkę po południowej Anglii. Na początek dotarłem do starego, średniowiecznego zamczyska, w którym nałożono na przegub mej ręki opaskę z napisem „Windsor Castle”. Czułem się z tym jak prawdziwa kumoszka i z ciekawością świdrowałem wzrokiem komnaty królewskie, zatrzymując się na dłużej przy „Rzezi niewiniątek” Bruegla, sukni ślubnej Meghan Markle, zamkniętej teraz w szklanym akwarium wraz strojami męża Harrego i drużby. Podobnie jak w katedrze westminsterskiej, tu także obowiązywał całkowity zakaz fotografowania. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego w Anglii, płacąc za bilet horrendalne pieniądze, nie mogę zrobić kilku pamiątkowych fotek bez flesha. Czy tu nadal się wierzy, że zdjęcia kradną duszę?

Kiedy opuszczałem Windsor na dziedzińcu rozpoczęła się parada gwardii królewskiej, a wzdłuż ulicy prowadzącej do zamku przystanął tłum gapiów. Kumoszki powiadały, że nadjeżdża sama królowa. Wielce byłaby rada na mój widok, ale czas naglił. Czekała na mnie kolejna przygoda – Stonehenge. Czekała na mnie od czasu, kiedy jako nastolatek otrzymałem album z pięknymi fotografiami. Po latach, stałem się świadkiem i uczestnikiem tego piękna, które chyba wynika z prostoty prehistorycznych budowniczych. Podobno to miejsce bardzo energetyczne. Ja bym powiedział, że wietrzne. Późnym popołudniem dotarłem do Oksfordu, miasta, o którym na szczęście zapomniał duch czasu. Notabene, utrwalone w architekturze średniowieczne, wciąż ożywia tu młodzież i dobrze się tu czuje. Widać tradycja jest w stanie przyciągać młodych ludzi, a ugruntowane autorytety dają większe poczucie bezpieczeństwa, niż ciągła pogoń za nowym, nieznanym, niedookreślonym. Pod jednym z oksforskich gmachów uniwersyteckich odnalazłem wyryte w kostce brukowej znamię Harrego Pottera. Widocznie w Dorrit musiała tu być przede mną i zarysować bruk swoim obcasem.

Wieczorem, gdy już wróciłem do Londynu,  oddaliśmy się z Dorrit przechadzce. Ciągnęło ją do Chinetown. Mówi się, że ciągnie swój do swego, więc i maleństwo zapragnęło poznać życie nacji uchodzącej za niewysoką. Świat za malowniczym paifangiem zdawał się być jej Ziemią Obiecaną. Bała się tam iść sama, pewnie wewnętrznie drżała, że może to ta straszna prawda nie jest plotką, że może jednak w ciągu ostatniego wieku Chińczycy nie podrośli o 10 cm. A jednak podrośli. Ktoś musiał przecież powywieszać wysoko nad głowami przechodniów setki lampionów. A może to nie byli Chińczycy? Pełno tu szczęśliwych ludzi różnych narodowości, wyśpiewujących pieśń chwały Krysznie. Nie wiem, czy równie szczęśliwi byli uliczni jogini, bo tkwili niewzruszeni w miejscu przez które przepływał tłum turystów jak wezbrana fala.
Na nieszczęście dla nas, uniknęliśmy kolejki do restauracji. Nie było kolejki, bo bardziej zorientowani turyści musieli znać opinię o miejscu, które nas skusiło. Dorrit, postanowiła zjeść skromnie, zupę krabową, która smakiem niewiele się różniła od kaszy manny na mleku. Ja postanowiłem spróbować i zupy wonton, i wołowiny z nieszczęsnym makaronem, który okazał się najdroższym dodatkiem, jaki jadłem w życiu. Ale w Londynie jedzenie w ogóle było drogie. Stołowaliśmy się zatem w najtańszych restauracjach, w których obiad kosztował zaledwie pięć razy drożej, niż pożywny posiłek nad Wisłą. Potem dziwić się, że Anglicy w Polsce wariują. Gdybym przybył do jakiegoś kraju z połową swojej skromnej wypłaty i nagle okazał się, że jestem bogaczem, też bym świrował.

Z tysięcy lokali gastronomicznych w Londynie, dwa podbiły nasze serca, czy raczej skromne portfele. Pierwszy, The Liberty Bounds, znajdował się tuż przy Tower of London. Pub ten prawdopodobnie zainspirował Zofię Nałkowską do napisania „Granicy”, nas zaś – do przekroczenia pewnych granic. Upijaliśmy się tu do nieprzytomności. Nie alkoholem, ale przyjemną atmosferą. Doroty i Dorrity zachwycały się toaletą damską. Ja szukałem inspiracji na ścianie bibliotecznej usytuowanej przy bocznym wejściu. Robiła wrażenie. Książki były poprzyklejane do półek, więc nie było obawy, że ktoś je poprzestawia, albo – nie daj Boże – przeczyta. A zatem klej jest ową granicą wolności.

Najprzyjemniej nam jednak było w The Lucas Arms, którą to nazwę błędnie tłumaczyliśmy, by poczuć się bezpieczniej, jako „Ramiona Łukasza”. Brudno tu było i tłoczno, ale swojsko. Serwowano brytyjską kuchnię, krzywdząco uważaną powszechnie za niesmaczną. W The Lucas Arms było pysznie. To tu po raz pierwszy jadłem i zachwycałem się fish and chips, mimo iż za rybami nie przepadam. Wyśmienity był steak & red wine pie, soczyste mięso wołowe w cieście. Wszystko pięknie podane i doniesione do stolika drżącymi rękoma młodocianego kelnera.Ja popijałem piwem. Dziewczęta gustowały w cydrze. Nawet Dorrit, dla której objętość kufla była nie lada wyzwaniem, dała się skusić. Zwykle jej drobne paluszki sięgały po kieliszek czerwonego wina, ściskając go wytwornie w nadwyrężonych od poprawiania matur opuszkach. Dorota była otwarta na wszelkie alkohole niskoprocentowe. To właśnie ona wprowadziła w naszym gronie modę na cydr. Była to alternatywa dla gorzkiego angielskiego piwa, które kazał jej pić mąż, po tym jak się dowiedział, że popełniła wielkie faux-pas kupując w prawdziwym anielskim pubie Heinekena. Od tej pory pyta: Czy masz jakieś „Ale”?

Z The Lucas Arms do hotelu było zaledwie 0,1 mili. Niewiele dalej mieliśmy do naszych szkół językowych. Dorota włada angielskim jak król Artur Excaliburem, ale w swej pracy musi używać fachowych słów i zwrotów, które trzeba doszlifować, by ostrze gładko wbijało się w umysły młodzieży. Uczyła się w szkole Bloomsbury International London Language School, jak wypadało fizyczce, w sąsiedztwie gmachów University of London. Ja, wraz z Dorrit, pobieraliśmy nauki w Language Link, jak wypadało humanistom, w cieniu British Library. Codziennie witał nas tu szeroki uśmiech Margaret, podstępnej sekretarki, która testowała nasz poziom znajomości angielskiego. W duchu musiała się śmiać z naszych prób wyartykułowania myśli po angielsku, bo na koniec okazało się, że jest Polką. Zajęcia odbywały się w małych, międzynarodowych grupach, w których byliśmy jedynymi Polakami.  Wraz ze mna do grupy dla początkujących chodziły trzy Francuzki, w tym jedna piękna, a dwie pozostałe równie piękne, oraz Mohamed z Kataru. Najmłodsza uczennica, Noa, była z Nicei, ale miała marokańską urodę. Przypominała pumę gotową do skoku. Szczęśliwy człek, którego by rozszarpała. Jej poziom znajomości angielskiego był podobny do mojego, dlatego świetnie się dogadywaliśmy. Byłem zły, gdy nauczyciele łączyli mnie w pary z kimś innym. A zmiany widocznie lubili, skoro w ciągu tygodnia zmienili się trzykrotnie. Franz, miał nadaktywnebiodra, którymiwciąż trącał planszę z wymową angielskich głosek, przez co nie mogłem ich poprawnie wypowiadać. Uczył ekspresowo. W 15 minut poznałem dwa czasy przeszłe i dwa przyszłe. Na szczęście nigdy nie wrócił, by zweryfikować moją wiedzę. Zastąpiła go Roxanna, z której w zadanym do napisania opowiadaniu o królewnie uczyniłem główną bohaterką w nadziei na lepszą ocenę. W ostatnim dniu przejęła nas A Genius Teacher. Doskonale radziła sobie z grupą niewiele mówiącą w jej ojczystym języku. Po trzygodzinnym szkoleniu spotykaliśmy się na konwersacjach wspólnie z grupą zaawansowaną, do której chodziła Dorrit, a wraz z nią trzech księży z Hiszpanii i Czech, dwóch prawników z Włoch, udająca Polkę z Krakowa Ukrainka z Doniecka o prorosyjskich sympatiach i Bóg raczy wiedzieć, kto jeszcze, skąd i kogo udający. Konwersacje integrowały uczniów Language Link, ale dla mnie były męczącym wyzwaniem, ze względu na zróżnicowany poziom znajomości języka uczestników. Zdecydowanie bardziej na język angielski otworzyła mnie ulica, zaczepianie niewinnych kobiet i pytanie o drogę, samodzielne wycieczki do muzeów i poza Londyn, zamawianie potraw i napitków w pubach.

Z Anglii powróciliśmy dużo bogatsi językowo i kulturowo. Jednak do Polski wracałem niespełniony. Zazdrościłem Dorocie Cambridge, a Dorrit spacerów po dzielnicach, których nie zdążyłem odwiedzić. Jest wiele białych plam na mapie Londynu, które kiedyś chciałbym odkryć, muzeów, które chciałbym zwiedzić. Marzę, by zobaczyć Canterbury i Dover, przespacerować się ulicami Salisbury i Stratford, posiedzieć ze dwa lata w więzieniu w Reading. Anglia mnie w sobie rozkochała, ale za wysokie progi, jak na moje nogi. Może łatwiej by je było przekroczyć sposobem maleńkiej Dorrit? Więc szpila na nogę i w drogę!

* Montmorency – piesek towarzyszący trzem panom podczas spływu Tamizą z powieści Jerome’a K. Jerome’go.

** Pipa – dystrybutor do piwa.

W opowiadaniu wykorzystano fragmenty wiersza Juliana Tuwima „Lokomotywa” i baśni Chansa Chrystiana Andersena „Calineczka”.

Objazdowa Szkoła Reportażu

W tym roku Fundacja Instytut Reportażu po raz dziesiąty organizuje roczne szkolenie o nazwie Polska Szkoła Reportażu. Wykładowcami są wybitni polscy znawcy tematu i praktycy, którzy przygotowują swoich uczniów do napisania dobrego reportażu. Nie wszyscy mogą pozwolić sobie na uczestnictwo w zajęciach, ale jest alternatywa dla chcących popróbować swych sił w literaturze faktu. Wystarczy bywać na spotkaniach autorskich reporterów. Udowodnili to Mariusz Szczygieł i Jacek Hugo-Bader na tegorocznym Śląskim Festiwalu Nauki w Katowicach. W swoich wystąpieniach obaj zaprezentowali arkana sztuki reporterskiej, zaczerpnięte z własnych doświadczeń. Reportaż – jak zaznacza Hugo-Bader – nie jest „wyciągany z głowy”. „Reporter w sposób literacki opowiada o czymś, co się naprawdę stało”. Tematy, najczęściej takie, których nie rozumie „publika”, a których istoty nie potrafi oddać dziennikarz, spadają na autora „Skuchy” same. Czepia się ich i trzyma w tajemnicy, dopóki nie rozpocznie pracy, bowiem reporterzy lubią sobie podkradać pomysły.  Kolejnym etapem jest zbieranie materiału, a więc wyszukiwanie bohaterów reportażu. Nie każdy się na bohatera nadaje, nie każdy ma ciekawą historię. Ten etap wiąże się z podróżami autora i jest dla niego fascynujący. Wymaga umiejętności prowadzenia rozmowy, zachęty do intymnych zwierzeń. Hugo-Bader potrafi dotrzeć w głąb duszy rozmówcy, sam wcześniej się przed nim otwierając. Nieraz musi rozmawiać z osobami, którzy dokonali przerażających zbrodni, ale i wtedy nie zapomina, by się do nich – jak sam to określa – „mentalnie przytulić”. Reportaż bowiem nie jest beletrystyką i jego bohaterowie są czarno-biali. Zaprzyjaźnia się z nimi intensywnie, na czas pozyskiwania materiału, a potem ich porzuca. Ale przez tę chwilę między reporterem i jego bohaterem rodzi się gorące uczucie. Rzadko zdarza się, że autor wraca do swych bohaterów, by dopisać ciąg dalszy ich historii. Tak było podczas pisania „Audytu”. Bader nazywa to „wykopaliskami reporterskimi”, dogrzebywaniem się do historii, które zakopał czas.
„Zbieranie materiału to jest jedna wielka, cudna, wspaniała wycieczka”. To proces długi, ale interesujący. Potem trzeba zamknąć się w pracowni, „w swojej katowni” i pisać. Większość zebranego materiału trzeba odrzucić.  Już ojciec polskiego reportażu. Melchior Wańkowicz, zauważył, że średnio wyrzuca dziewięć z dziesięciu historii, by powstało spójne dzieło. Największym grzechem przy selekcji bohaterów jest dobieranie ich w taki sposób, by udowodnili tezę autora. Reporter nie powinien manipulować zebranym materiałem.
Zdarza się, że jakiś interesujący bohater nie jest „kompatybilny”
z opisywaną historią, ale jego opowieść jest „brylantem”.  Wtedy można znaleźć temat, do którego pasuje. Nie jest to proste, gdy reporter musi poszukać dla niego innych bohaterów. Wszystkich musi łączyć wspólny problem i podobny „ciężar gatunkowy”.
Jakie umiejętności musi posiadać autor reportażu? Przede wszystkim będzie to umiejętność prowadzenia wielogodzinnych rozmów, umiejętność słuchania. Hugo-Bader uwielbia nowe wyzwania. Chcąc napisać reportaż o górach („Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”), musiał wykazać się umiejętnością przypięcia raków i wspinaczki, chcąc napisać reportaże o rosyjskiej prowincji, musiał pokazać , że nie boi się spania pod mostem.
Uczniów zainteresowanych literaturą faktu zachęcam do odwiedzenia biblioteki szkolnej, w której zbiorach znajdziecie znaczną część lektur, obowiązujących adeptów Polskiej Szkoły Reportażu. Być może i Wy odnajdziecie w sobie talent i potrzebę przeżycia wielkiej przygody, którą opiszecie w swoim reportażu?

***

O Mariuszu Szczygle pisałem kilka lat temu na blogu Wyspa Pełna Kultury.

Zrozumieć brytyjskość

Jeśli w przypadku wybitnych dzieł literatury popularnonaukowej można mówić o arcydziełach, to z pewnością zaliczyć można do nich dzieła Normana Davisa, a już na pewno książkę „Wyspy. Historia”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa „Znak” w 2003 r. (dostępna do wypożyczenia w bibliotece szkolnej). Autor bezwzględnie rozprawia się w niej z tendencją Brytyjczyków, nieobcą innym narodom,  do wiary w to, iż ziemie w obrębie ich narodowych granic, należały do nich odwiecznie i na wyłączność.  Tymczasem to, co nazywamy „brytyjskością”, zrodziło się mozaiki kultur, stworzonej przez kolejnych przybyszów: Celtów, Rzymian, Germanów, Normanów, Andegawenów… Temat ten podjął zaproszony do szkoły prof. Andrzej K. Kuropatnicki, kierownik Zakładu Historii i Kultury Materialnej Krajów Angielskiego Obszaru Językowego na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, podczas wykładu pt. „Zrozumieć brytyjskość – jak przez wieki kształtował się naród brytyjski przez pryzmat migracji i podbojów i w jaki sposób stał się panującym w wielu krajach świata?” Uczniowie fakultetu geograficznego, wos-u, historii oraz nauczyciele, uczestniczący w projekcie „Oczytani – oczarowani”, mogli wysłuchać opowieści o korzeniach „brytyjskości”. Dla nauczycieli był ten wykład kulturowym przygotowaniem do wyjazdu do szkoły językowej w Londynie. Podniesienie kwalifikacji językowych kadry nauczycielskiej w celu promowania wśród młodzieży czytelnictwa literatury anglojęzycznej oraz pracy uczniów z tekstem oryginalnym i zapoznanie ich z elementami translacji jest jednym z założeń projektu „Oczytani – oczarowani”. Uczestnicy projektu (nie angliści), od początku jego trwania,  uczestniczą w kursach językowych, których ukoronowaniem mają być szkolenia w Londynie i Dublinie.

Kryzys czytelnictwa polskiego

 „Nie wyobrażam sobie, co by mogło być, gdybym tego nie przeczytał [dzieł Brunona Schulza], kiedy byłem młodszy” – powiedział Tomasz Różycki podczas wieczoru autorskiego, zorganizowanego
14 listopada ubiegłego roku
w krakowskiej księgarni De Revolutionibus. Warto przy tych słowach zadumać się nad rolą literatury w naszym życiu i nad wielką stratą, jaką jest nieczytanie dla młodych ludzi, których osobowość dopiero się kształtuje. Tymczasem według badań Biblioteki Narodowej, opublikowanych w raporcie „Stan czytelnictwa w Polsce w 2017 roku”, 62,2% społeczeństwa w ogóle nie czyta, a 15,8% czytających sięgnęło w ciągu roku po zaledwie 1-2 książki. Wprawdzie stan czytelnictwa w Polsce wzrósł nieco w ostatnim czasie w stosunku do lat 2004-2008, ale ustabilizował się na niebezpiecznie niskim poziomie. Paweł Próchniak, historyk literatury i krytyk literacki, prowadzący spotkanie z Różyckim, autorem „Kryzysu czytelnictwa polskiego” z tomu „Litery”, pozwolił sobie na gorzki żart, że wspomniany wiersz się zdezaktualizował, bowiem mamy już w Polsce dwóch czytelników. Statystyki jednak bywają złudne, bo trudno jest zbadać, ile książek wypożyczonych czy zakupionych, jest faktycznie przeczytanych. Najlepszą badania czytelnictwa wśród uczniów, ale i kultury literackiej młodzieży, wydają się być anonimowe ankiety, które obejmą całą społeczność uczniowską. Ufni w to, iż uczniowie podejdą do nich z powagą i szczerością, postanowiliśmy rozpocząć nasze dziania projektowe od przeprowadzenia badań ankietowych, których wyniki pozwolą nam ocenić skalę problemu. Wyniki ankiet przedstawię wkrótce.

 

Sojusz

Niezwykłe sojusze w dążeniu do wspólnego celu, niejednokrotnie pojawiają się
w literaturze pięknej. Dość przytoczyć przygody córek Ewy i synów Adama w Narnii, którzy walczyli ze złą Czarownicą
u boku lwa Aslana, mając za sojuszników państwo Bobrów, olbrzyma, fauny i centaury, jednorożce, leopardy i inne fantastyczne stworzenia. Oczywiście, „Opowieści z Narnii” to bajka, ale już idea budowania choćby najdziwniejszej koalicji, by osiągnąć sukces, jest realna. I w imię tej idei zawiązaliśmy w szkole sojusz, którego zadaniem jest krzewienie wśród młodzieży DUCHA czytelnictwa. A kto dziś wierzy w duchy? My wierzymy! Bibliotekarz i polonistka, mniej oczywiste w tym sojuszu: anglistki i pedagożka, a także… fizyczka. Hmm, fizyczka do akcji promocji czytelnictwa pasuje jak faun Tumnus do słownika biograficznego racjonalistów, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że jest dyrektorką szkoły, może mieć siłę olbrzyma Grzmotołupa. Bo jak już o coś walczyć, to nie można pomijać tych, którzy decydują o szkoły. I cóż, że fizyczka, skoro kocha literaturę piękną, w swej pracy wykorzystuje literaturę popularnonaukową, a dobro ucznia leży jej na sercu?  I właśnie w takim składzie stworzyliśmy projekt rozwoju czytelnictwa w naszej szkole „Oczytani – oczarowani”, który otrzymał dofinansowanie ze środków PO WER.