„Co się w duszy komu gra, co kto w swoich widzi snach…”

Na wesele Rydla z Mikołajczykówną spóźniliśmy sie prawie 119 lat, zatem nie potańczyliśmy, ale ci, którzy czytali dramat Wyspiańskiego, bez trudu – przy małej pomocy przewodniczki – wyobrazili sobie pląsające po drewnianym parkiecie pary inteligencko-chłopskie. „Raz do koła, raz dokoła…” – zdaje się słychać zdyszany głos Zosi. Gdzieś w kącie przekrzykują się goście, prowadząc poważne rozmowy, a za ścianą, w pomieszczeniu, do którego wejścia strzeże Matka Boska Ostrobramska, ukazują się zjawy. Jeszcze za oknem można wypatrzeć krzew róży, z którego zlazł słomiany nygus i w te upalne czerwcowe przedpołudnie krąży leniwie między nami. „Idź precz, idź precz, na pole, huś ha, hulaj, chochole!” Prof. Grzegorz Leszczyński na spotkaniu poświęconym promocji czytelnictwa dzieci i młodzieży w Bielsku-Białej* uznał, iż książka nie stanowi już dla młodego czytelnika źródła wiedzy o świecie, tak jak było to w czasach ukazania się „W pustyni i w puszczy” H. Sienkiewicza, bo taką funkcję pełni dziś Internet. Przeszukuję zatem sieć w poszukiwaniu szczegółów wesela Rydla, a nie „Wesela” Wyspiańskiego. Wszystkie strzępy informacji jakie znalazłem, zanim znużyła mnie ta kwerenda, żywcem ściągnięte są z książek, które chciałbym mieć teraz pod ręką. Niestety, załamywanie rąk nad upadkiem czytelnictwa młodzieży dokonuje się zwykle w kontekście beletrystyki. Tymczasem literaturę popularnonaukową, publicystykę, formy pamiętnikarskie etc. – też służy do CZYTANIA i jest doskonałym źródłem podpisanej imieniem i nazwiskiem wiedzy, z którego młodzież może czerpać rzetelne wiadomości, ale robią to już tylko pojedyncze osoby.  Przyczyn takiego stanu rzeczy nie doszukiwałbym się w chochole czytelnictwa, ale w pędzie weselników, którym przygrywa wciąż nowa orkiestra. Nie ma czasu na dłuższą przerwę, bo wypadniemy z rytmu.  Nie tylko młodzież, nauczyciele też.

Prof. Leszczyński szansę dla rozwoju czytelnictwa odnajduje w książkach, które podejmują temat bliski współczesnej młodzieży, traktujących o jej problemach dnia codziennego.  Zgadzam sie z tym tokiem rozumowania, ale pomija on problem podstawowy – czytelnictwo obowiązkowych lektur, weryfikowane na lekcjach języka polskiego i egzaminach zewnętrznych. Treść tych książek daleko odbiega od zdiagnozowanych przez profesora potrzeb uczniów.

Wreszcie podczas wykładu prof. Leszczyńskiego dowiedziałem się, że bibliotekarz powinien „być książką”. Co to oznacza? Profesor wyświetlił zebranym bibliotekarzom zdjęcia wytatuowanych ilustracjami z książek dla dzieci ramion. Niech każdy rozumie to na swój sposób, ja tatuował się nie będę i w bibliotece nie będę obnażał swego ciała, chyba że przyjdzie mi dokonać czynu Rejtana w obronie powieści z cyklu „Harry Potter”, stojących na półkach biblioteki.

„Wesele” Wyspiańskiego czytałem – jak większość osób – jako nastolatek. Nijak się ono miało do moich ówczesnych problemów. Nie pogłębiło mojej wiedzy o otaczającym mnie świecie, ale rozbudziło ciekawość i podnieciło wyobraźnię. Dzięki tej lekturze rozumiem kody kulturowe, którymi posługują się niejednokrotnie moi rozmówcy, a zwiedzając Rydlówkę, obok upiorów Wernyhory, Hetmana, Stańczyka…, „zobaczyłem” upiory Rydla, Wyspiańskiego, Mikołajczykówny, Racheli…  Stary dworek Tetmajera nigdy nie będzie już dla mnie tylko kolekcją antyków i obrazów, tylko miejscem magicznym, w którym odnajduję uniwersalne prawdy, zawarte w młodopolskim dramacie. Próżno ich szukać w Wikipedii.

 

Dodaj komentarz