Oczytani – oczarowani

Aleksijewicz Swietłana: Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości. Wołowiec: Czarne, 2012. Monolog o tym, że można rozmawiać z żywymi i z umarłymi.

Cała książka „Czarnobylska modlitwa” jest przerażająco smutna i robi niesamowite wrażenie. Czytając trudno jest uwierzyć że to wydarzyło się na prawdę. Wszystkie historie opisane w książce są strasznie smutne. Na mnie największe wrażenie zrobiła historia staruszki Zinaidy Kowalenko. Kobieta była nielegalną mieszkanką strefy Czarnobyla. Mimo nacisku i rozkazu by opuścić skażony teren nie dała się wywieść. W miejscu w którym żyła całe lata pochowała matkę, córkę która zmarła podczas wolny i później męża. Tam toczyło się jej całe życie. Żyła gospodarstwem i uprawą roli i nie wyobrażała sobie innego życia gdzie indziej. Cała sytuacja ewakuacji strefy Czarnobyla przypomniało jej czasy wojny: ucieczka , walka o życie i jedzenie. Nie wierzyła, że to może się powtórzyć. A powtórzyło się. Ludzie z jej otoczenia z krzykiem i płaczem zostali wywiezieni z nadzieją że szybko powrócą do domów. Sama staruszka w to wierzyła, że wrócą szybko. Została sama we wsi doglądała i dokarmiała zwierzęta sąsiadów a nawet kosiła trawę sąsiadce wierząc że zaraz wróci. A czas mijał i było coraz gorzej. Sił ubywało zwierzęta na wsi z głodu zjadały większe mniejsze. W domu zalęgły się szczury i myszy w poszukiwaniu jedzenia. Jedyną radością starszej pani był jej kot Waśka z który rozmawiała i czuła się pewniej. Niestety pewnego czasu nie wrócił i mimo czekania się nie znalazł. Wyruszyła wiec w stronę wsi szukając innego kotka z którym mogłaby spędzać czas. Lubiła chodzić na miejscowy cmentarz gdzie pochowani byli jej najbliżsi mówiła że lubi z nimi rozmawiać. Co jakiś czas pojawiali się żołnierze strzegący porządku wtedy przywozili staruszce chleb i jedzenie dla kotka. To były jedyne momenty kiedy mogła porozmawiać z ludźmi.

Historia jest bardzo smutna. Biedna starsza kobieta sama w skażonej wiosce skazana tylko na siebie wierząca że to jej miejsce na świecie i jak ma umrzeć to tylko tam…

N.H.

****************************************************************************************************

Całkowite przeciwieństwo emancypacji. – czyli recenzja „Wielkiego Gatsbiego”

Nie jest łatwo być indywidualistą w świecie zdominowanym przez materializm i klasy społeczne, o czym przekonuje się Jay Gatsby tytułowy bohater powieści F. Scotta Fitzgeralda. Książka jest swego rodzaju luźną (i zdecydowanie skróconą) wersją ,,Lalki” polskiego pisarza Bolesława Prusa. Tak jak w przypadku Ignacego Rzeckiego, poznajemy naszego tajemniczego, owianego legendami tytułowego bohatera z perspektywy Nicka Garraweya, który jest wiernym obserwatorem jego poczynań. Gatsby – bogaty i wpływowy dżentelmen, po uszy zakochany w prześlicznej Daisy Buchanan, powtarza te same błędy co Stanisław Wokulski i w rezultacie traci wszystko. Książka w świetny sposób pokazuje jak wygląda hierarchia wartości w świecie arystokracji i co się dla niej tak naprawdę liczy. Czyli pieniądze, alkohol, zabawa, imprezy, zdrady i fikuśne bankiety z parasolkami, przy których Oskarowa gala rozdania nagród wygląda jak polonez obok kamaza. Im więcej szampana, fajerwerków i kiczowatych pióropuszy tym lepiej!

Wyżej wspomniana Daisy Buchanan jest młodą matką kilkuletniej dziewczynki i żoną bogatego sportowca (a także kuzynką Nicka). Jej życie wydaje się być bardzo wygodne i dobrze poukładane. Jednak pozory bywają mylące.

W pierwszych rozdziałach książki Daisy wydaje się być kobietą nieszczęśliwą w małżeństwie, albowiem jej mąż zdaje tracić nią zainteresowanie i nawet nie pofatygował się, żeby przybyć na poród własnej córki. Mogłoby się wydawać, że gdyby wzięła rozwód Tomem Buchanem i wyszła za Gatsbiego (człowieka, którego rzekomo zawsze kochała), wszyscy by na tym skorzystali, jednak tak się ostatecznie nie dzieje. Dlaczego?

Bo Daisy jest dokładnie taka sama jak Izabela Łęcka. Jest salonową laleczką, która najwyraźniej nie rozumie co to jest wierność, ani tym bardziej miłość. Dla niej liczą się wyłącznie pieniądze, wygodne życie i to, że wszyscy wszystko będą załatwiać za nią. Jest to piękny przykład kobiety, która boi się, albo jest zbyt leniwa, żeby zawalczyć o niezależność. Zamiast się ogarnąć i wziąć sprawy we własne ręce Daisy woli pozostać przy facecie, który ją utrzymuje i praktycznie kieruje jej losem. Jak sama dobitnie stwierdziła: ,,Dla kobiety najlepszą rzeczą jest to, żeby była pięknym głuptaskiem”. Można śmiało stwierdzić, że w pełni osiągnęła ten jakże trudny stan umysłu, bo Daisy w większości sytuacjach w książce jest zaradna jak anemik i inteligentna jak warzywo. Pomijając już nawet fakt, że otacza się gronem zalotników i flirtuje, nawet z własnym kuzynem (czyli da się) nie potrafi wziąć na siebie straszliwego grzechu, który popełniła, co nieubłaganie doprowadza do kolejnych, dramatycznych wydarzeń. Na pewno nie jest to jedna z moich ulubionych postaci w tej powieści. Jedni mogą się tutaj doszukiwać motywu snobizmu, jednak dla mnie jest to przede wszystkim napiętnowanie bogatych kobiet, które boją się zmian i wolą być zależne od mężczyzn. Tak jak w przypadku Izabeli Łęckiej, która jest powszechnie szanowana, mimo iż  poza urodą nie ma niczego do zaoferowania, z kolei pani Stawaska, która wychowuje dziecko i sama się utrzymuje, nie cieszy się większym szacunkiem społeczeństwa.

Co do samego języka, jest on dosyć lekki, wyrafinowany, bez zbędnych opisów, dzięki czemu samą książkę czyta się dosyć szybko i przyjemnie. Sama postać Nicka Carraweya wydaje się być osobą, z którą naprawdę ciężko nie sympatyzować.

„Wielki Gasby” jest to powieść, która w dobitny sposób pokazuje, że przyjaźni i miłości nie kupi się za żadne pieniądze. W rezultacie materialiści nie mają przyjaciół i nie rozumieją prawdziwej miłości. Jest to smutna opowieść o człowieku, który pomimo determinacji, ciężkiej pracy i całkowitego poświęcenia, w niesprawiedliwym systemie nie ma żadnych szans na osiągnięcie wyznaczonego celu. Brzmi smutno, ale takie były czasy.

ZM